NEUROTYCZNE PLĄSY 323
CZYLI DZIWKA Z KARABINEM W USTACH
W napięciu oczekiwałem czy sprosta on swoim tatuażom, specjalnemu symbolowi i ładnie zaprojektowanym wizytówkom. Byłem ciekaw czy oto zobaczę artystę mającego się za Pan brat z nicością i bezdyskusyjnym bezsensem naszej jakby nie było absurdalnej egzystencji, tym bardziej, że na scenie pojawił się w koszulce z napisem „Dziwka” i 9 milimetrów, co rozochociło mnie i dało nadzieję, że oto czeka mnie szok i kolejny przeskok świadomości.
Jak nie dolewają za dużo wody do Guinnessa to klub jest dobry na mój gust. Sącząc przez popsute zęby ten irlandzki specjał z górnej fermentacji typu stout, oczekiwałem na występy artystów z Kręgów Piekielnych – czyli nihilistyczną i neurotyczną rąbankę emitującą przekaz z nadwerężonych systemów nerwowych uroczo przywdzianych artystów. Klub na New Cross pod numerem 323 już sam w sobie był zapowiedzią (dla tych, którzy mają smykałkę do symboliki liczb), że będzie grubo – jak mawiają ziomale z Piły i Płocka.

Wygodna czarna jak noc sofa okazała się idealnym siedliskiem podczas setów trzech zespołów muzycznych takich jak: Nihilista (fithy rock n roll with electro drag queen burlesce – brawa gromkie za tak przebogate nazewnictwo swojej twórczości bez radości), Neurotic Mass Movement (i teraz uwaga! – the unbearable beauty lacerated with sadness and anger, artrock meats postpunk, relish the spectacle – robi wrażenie…nie) oraz całkiem skromnych chłopców z Sun Gone Mad (rock psychedelic), którzy zagrali pierwsi dając garstce zebranych gości solidną powtórkę muzyki gitarowej z elementami psychodelicznego zawodzenia na strunach, co z uznaniem zauważył artysta Nihilista dodając również, że wszystko już było – co było prawdą biorąc pod uwagę jego późniejszy występ estradowy. Jednak trzymajmy rosnące napięcie i nie wyprzedzajmy faktów…
Chciałbym pogratulować DJ Anya, która zasiadała za gramofonem, lub innym sprzętem odtwarzającym dobrego gustu muzycznego i szerokiego spektrum zainteresowań muzycznych. Sprawiła ona, że przed kaskadą mrocznych dźwięków wspomnianych zespołów poczułem się swobodnie i byłem w pełni zrelaksowany gotowy na przyjęcie czekającej mnie dawki neurotyzmu artystycznego.

Towarzystwo przybyłe tego wieczoru do przemiłej spelunki było wysoce zróżnicowane, od fanów Mroku po budowlańców upapranych gipsem i dziewczęta w zwiewnych sukienkach letnich kołyszących wyzywająco biodrami. Był Pan z rejonów Klasy Średniej i amatorzy gier bilardowych. Zespół Szalonego Słońca opuścił scenę, by zrobić miejsce charyzmatycznemu duetowi Neurotic Mass Movement, który dość adekwatnie wpisał się w swoją nazwę. Dla mnie najlepszy gig tego wieczoru – łączący momentami gwałtowny i rzecz jasna neurotyczny performance z ciekawymi zagrywkami gitarowymi, bitami i naprawdę dobrym głosem wokalistki i zarazem frontmenki (ciekawe słowo;-). Gdyby jeszcze ich muzyka była bardziej zróżnicowana byłoby już w ogóle fantastycznie. Solistka potrafiła, bez dwóch zdań, przykuć uwagę otoczenia, a szczególnie ssaków z penisami, którzy ulani śliną obserwowali bacznie każdy jej zmysłowy ruch. Drapała się, biła po twarzy i przebierała, krzyczała i jęczała i jak to ujął jeden kolega nawet próbowała tańczyć starojapoński (na marginesie jest on jednak całkiem współczesny) taniec Butoh. Po burzliwych oklaskach na scenie powiało chłodem przygotowań do występu gwiazdy wieczoru – charyzmatycznego, seksownego, utalentowanego cudownego chłopca w makijażu, czyli Nihilisty. W napięciu oczekiwałem czy sprosta on swoim tatuażom, specjalnemu symbolowi i ładnie zaprojektowanym wizytówkom. Byłem ciekaw czy oto zobaczę artystę mającego się za Pan brat z nicością i bezdyskusyjnym bezsensem naszej jakby nie było absurdalnej egzystencji, tym bardziej, że na scenie pojawił się w koszulce z napisem „Dziwka” i 9 milimetrów, co rozochociło mnie i dało nadzieję, że oto czeka mnie szok i kolejny przeskok świadomości.
Niestety.

Wił się jak wściekły wampir, prężąc swe zgrabne wytatuowane ciało, epatował zaklęciami, z ekranu płynęła krew, serca bijące w pięści, twarze kobiet podczas stosunków, a nade wszystko sam Artysta. Jak wiemy w Czasach Ostatecznych najważniejszy jest Wizerunek – to akurat miał dopracowane, jak by to wszystko zdjąć nic by nie zostało, dlatego gratuluję nazwy – sto procent hardcore – sztylety, kotlety, baranie łby – Nihil novi!
Dla mnie moi drodzy prawdziwy nihilista to martwy nihilista.
Bez odbioru.


