KRUSZENIE POMNIKÓW
Czyli próba życia bez fikcji.
Toteż jeszcze raz, jak gdyby nie dosłyszeli, pytają Felixa:
- Jaka jest sytuacja?
A Felix:
- Przecież już powiedziałem – confusao.
Odchodzą kręcąc głowami i wzruszając ramionami. A kręcą głową i wzruszają ramionami, ponieważ Felix zasiał w nich confusao.
Ryszard Kapuściński „Jeszcze dzień życia”
Kiedyś jeszcze na studiach jakiś profesor wymyślił dla nas ankietę, w której należało napisać listę Polaków, którzy są dla nas autorytetami. To samo w sobie było już karkołomne, ponieważ jak wszystko, również i owe autorytety są zawsze sumą wyidealizowanych wyobrażeń, rodzajem hologramu, który wyświetlamy sobie w głowach. Na pierwszym miejscu wyświetlił mi się Kapuściński – ten pierwszy z pierwszych niestrudzony bóg reportażu – gatunku, który uważam za absolutnie najtrudniejszy w literaturze oraz najbardziej wymagający, ponieważ jego tkanką jest samo życie. Byłem jedynym w grupie, który we wspomnianej ankiecie umieścił pisarza a nie jak większość Papieża na pierwszym miejscu.
Dlaczego?
Z jednej strony wrodzona buta religijna i absolutny brak kontaktu z postacią Papieża w jakiejkolwiek formie zablokowała samą myśl o Papieżu, pewnie gdybym szedł tym tropem rzuciłbym na szczyt Dalajlamę, gdyż jawiłem się sobie wówczas jako buddysta – cokolwiek to znaczy. Jednak bardziej od oświeconych mędrców nawołujących do miłości, pokoju, wiary i nadziei w swych wybrokatowanych szatach działali na mnie artyści, a szczególnie z racji prób klecenia zdań – pisarze. A z tych ostatnich wielkim szacunkiem darzyłem właśnie reporterów, którzy by coś napisać muszą opuścić gabinet i runąć w otchłań tej magmy zwanej potocznie rzeczywistością.
Brudzić dłonie krwią i błotem, czuć strach, załamanie, miliony innych rzeczy by w końcu w akcie odwiecznej desperacji coś napisać. Bo napisać w tym wypadku znaczy przeżyć – a moją filozofią jest empiryzm, który w samej swej istocie zakłada „zderzenia czołowe” z tym, co myślisz, czujesz i wiesz itd. To jest wartość bezwzględna. Dlatego właśnie literatura, której duszą jest zbutwiałe mięso życia smakuje mi najlepiej. Także wpisana w nią samotność i zmaganie z samym sobą – to nicowanie, które z czasem staje się coraz bardziej brutalne i desperackie. I kiedy czytałem „Jeszcze dzień życia” po raz pierwszy doznałem olśnienia – gdyż oto te najbardziej spychane ludzkie odruchy, cały terror egzystencji stał się budulcem owej książki Kapuścińskiego, która dla mnie jest najlepszą. Bohaterem tej historii jest Żywy Człowiek wpisany jak działanie bez wyniku na tablicy irracjonalnych mechanizmów, zapadający się w sobie, osamotniony – mówiący – Nie wiem!
To mnie uderzyło i przekonało. Nie wspominając nawet o formie, w jakiej zostało skomponowane to świadectwo Kondycji, ponieważ Kapuściński doszedł do mistrzostwa – niczym mistrz zen na zmianę uderzający kijem i recytujący piękne haiku o potrójnym znaczeniu.
Jednak jak to w życiu Świątynia musiała runąć, ponieważ stała się miejscem kultu a nie praktyki. Miejscem bicia pokłonów, a nie zwierciadłem, w którym ujrzeć możemy samych siebie. Funkcją mistrza jest Budzić w Teraz Bez Fikcji. Nie chcemy tego. To boli i uwiera, to otwiera tysiące ran i warunkuje ciągłą zmianę i pracę. Kiedy to zaczniesz nigdy nie skończysz. Kapuściński Mesjasz runął mi jakiś czas temu, kiedy przeczytałem wywiad z jego żoną w Wyborczej. Zabolało – bo musiało. Wówczas zacząłem czytać po raz kolejny „Jeszcze dzień życia” dokładając nową warstwę świadomości do śledzonej nar-racji. Książka stała się bardziej potężna.
Kiedy uderzasz Mistrza trzydzieści razy on się śmieje.
Kogo to zaboli bardziej Jego czy Ciebie?
DODATEK SPECJALNY:














