KOSMOS
O Ś M I O K Ą T
skórę wypełnia kosmos*
Nowe Miasto wita mnie taksówką z napisem „Teraz Polska”. Jest ciepło i słonecznie. Na niebie nie ma chmur, a wokół kołują samoloty. „Witamy w porcie lotniczym Łódź – dom tanich lotów – Ryanair”. Nad pisuarem reklama maści na wzwód – „Problemy z erekcją?” W autobusie blondas krzyczy do blondaski o egzotycznych krajach. Przywiózł jej badziewne koraliki z muszelek i ona zadowolona każe sobie je zakładać. Kupuję książkę o Boshu w antykwariacie. Piotrkowska uderza tanimi kredytami. Możesz brać na stojąco, leżąco, możesz brać. Powrót syna marnotrawnego, do przeszłości. Raz jeszcze, jeszcze raz. Tym razem jednak z zupełnie innej perspektywy, inaczej.
Plac Wolności – pierwsza w nocy. Jakiś człowiek prosi o papierosa, jest brudny i ma popsute zęby, myli mnie z kimś kto stał za pieniądze z reklamą w parku. Zbiera butelki. Później łysy koleś, który pracuje w ochronie przysiada się. Mówi. Pali papierosy. Praca, praca – w Biedronce. Monitoring. Po okręgu krążą suki. Za plecami iskry – kolesie remontują drogę.
Na tym balkonie jest naprawdę wygodnie, duże białe plastikowe krzesła, ława, komputer, można sobie pisać felietony, można patrzeć na konary drzew, jak się kołyszą miarowo, lewa, prawa, prawa, lewa, kawa ma dobry smak, jest mocna, aromat podsyca imbir i cynamon. Małe zbawienia, trywialne by się zdawało czynności – mieszanie kawy, zgrzytanie cukru, palec błądzący po balustradzie. Rytm.
Spadł pierwszy śnieg. Jest tak biało, kiedy patrzę na te obsypane dachy i zimny przytomny horyzont zapadam w rodzaj transu, takiego spokojnego obcowania w ustronnym zaciszu czasu, nie patrzę na ulicę tylko czekam na ptaki. Siadają na antenach telewizyjnych, rozmawiają strzepując biały pył ze skrzydeł. To jest piękno. Lubię zimę wymusza specyficzną przytomność, jest w tym prostota, jakiś kategoryczny porządek, linie wysokiego napięcia staja się ramami obrazów, albo zdjęć. Zima uspokaja, przywołuje do ciepłych myśli, do wspomnień. Legionów tonie w śniegu, szarobure bulwy w ciągu dwóch dni wyrosły na chodnikach, trzeba uważać na kroki. Kłaść stopy delikatnie, czuć grunt oraz położenia swojego ciała. Ważny jest balans. Michał pokazał mi film w internecie o wielkich ociężałych tirach, które stoją i nie mają siły przezwyciężyć oblodzonej drogi, tak było na Włókniarzy, wielkie bezradne metalowe cielska porozrzucane przez Boga jak dziecięce zabawki. Na Zachodniej jest dziś zdecydowanie inaczej, choć już ciemno chodniki pełne ludzi, jest awaria, nie jeżdżą tramwaje, samochody stoją w korkach, jednak coś jest inaczej. Nieznajomi patrzą na siebie, nawet się uśmiechają, od czasu do czasu nawet wymienią jakieś zdanie. Ta ogólna niemoc i przymusowa zmiana planów ma jakby ukryte zbawienne działanie, jakiś tajemny sens, bo kiedy patrzysz na światła latarni układające cudowne smugi i wirujące płatki śniegu czujesz się po prostu dobrze, nie masz się co spieszyć, bo komunikacja miejska nie działa, a taksówkarze z premedytacją nie wyjechali na dyżury przeczuwając obrót spraw. Zupełnie inaczej wyglądają też wystawy sklepów i te roznegliżowane panienki na bilbordach, jak masz dobrą ciepłą kurtkę i solidne buty i pięć złotych na setkę „żołądkowej” możesz zamiast do domu iść na spacer.
Ośmiokąt foremny. Cztery drogi – północ, południe, wschód, zachód. Jest godzina duchów, siedzę w samym centrum, pod zimnym pomnikiem Kościuszki. Zegar wybija północ, jest piątek. Miasto obrasta mgła, snujące się postaci tańczą jak zjawy w świetle ulicznych lamp, błąkając się od klubu do klubu. Czuć zapach taniego mięsa i alkoholu – kebab, tyskie, wódka. Dziewczyna, chłopak, samotni, pary, powolni, nietrzeźwi, zmęczeni – ludzie szurają po ulicach – szur, szur, szur – gdzieś idą, spać, tańczyć, kochać się, bić, pić, trwać. Kilku facetów naprawia tory, albo drogę – na tym kole ronda. Palą papierosy, bluźnią popijając z małych butelek. Jedzie straż miejska na sygnale, gdzieś przy Legionów zapewne w okolicy Carrefoura słychać krzyki i tłuczenie szkła. Może łódzki tribal stadionowy, rewir ŁKS-u złożony z kilku wściekłych bitbuli odprawia kolejny taniec plemienny na twarzach innego szczepu powstałego w 1910 – czerwono biało czerwonych. Kierunek – zachód, od południa z Pietryny nadchodzi grupka panów w dresach, kopiąc zniszczoną piłkę, mają puszki piwa w kieszeniach, a ich podania są mało precyzyjne. Trudno utrafić zwłaszcza w piątkowy wieczór, futbolówka uderza w Washingtona, upada na cokół, toczy się do nogi kolejnego napastnika. Później piłkarze idą na północ znikając za winklem ulicy Nowomiejskiej.
Centrum, Freiheitsplatz, Nowy Rynek to w zasadzie z tego miejsca wykiełkowała Łódź, Nowe Miasto. Miasto – Fabryka. Industrial Eden. Ojczyzna przędzy, matka – robotnica, zadymiona ziemia obiecana. Pomorską biegnie kulawy pies, za nim do zajezdni stylowy tramwaj – miasto zwrotnic, największy w Europie tabor kolejowy. Kiedyś jak tu przyjechał jeden francuz to stał gdzieś chyba przy Zachodniej i patrzył, i słuchał tego dzikiego metalowego zgrzytu jak motorniczy metalową rurą przestawiał zwrotnicę. Inny przybysz z odległego Peru na Kaliskiej za głębokiej komuny, zimą przecierał oczy z niedowierzania. Tamten francuz był na chwilę, Indianin został do dziś. Wielu go zna i może potwierdzić. Pociągam potężny łyk z piersiówki, zapalam papierosa nucąc w głowie..
*
fragment z kawałka Wieży Fabryk.
Naprzeciwko była kwatera „Festiwalu Czterech Kultur”, ale teraz już nie ma. Został cień na szaroburym tynku po literach. Dalej jest bankomat, sklep z kimonami, później tania odzież, nieruchomości i szkoła języka angielskiego, a jak spojrzysz w lewo archiwum w ratuszu, szyld „Łódź katolicka – wystawa stała” zaraz obok, apteka i dom ze szkła inwestycyjny. Z tyłu muzeum i plastikowa buda gdzie dają hot – dogi w zestawach. Jakbyście ruszyli na południe naszą sławetną Piotrkowską to niechybnie zaszlibyście do domu towarowego „Magda” gdzie jest restauracja ze złotymi łukami i roześmianym klownem, a obok nad drzwiami powita was reklama „Coca – cola – dom handlowy”, a niżej „chiński market odzieżowy”, a kiedy podniesiecie głowę jeszcze wyżej zobaczycie kawał szmaty z napisem „powierzchnie do wynajęcia” i idąc tym tropem warto przyjrzeć się naszej Pietrynie. Lokali do wynajęcia jest sporo, jeden z pustym różowym amerykańskim krążownikiem szos w środku, a przed lokalem wyrysowane farbą na chodniku obramowania leżących ludzi. Lokal został po dopalaczach. Zamknięte. Całkiem niedawno jak odwiedzili mnie znajomi filmowcy i uderzył pierwszy siarczysty mróz na Pietrynie, potrzebny był na gwałt sweter w trybie doraźnym. Najlepiej wiadomo – iść do lumpeksu. Dużo ich na tej reprezentacyjnej ulicy Łodzi, 30 złoty za kilogram, 45 – różnie. Obok sklepu na zwisającym kablu dolepiona taśmą reklama manicure, a za szybą „odzieży używanej” rozbebeszone lale i pluszaki. I kiedy tak stoimy z kolegą filmowcem i po dziwiamy zmysł artystyczny właścicieli ukryta pod parasolką podchodzi do nas pani.
- Jak oni się nie wstydzą coś takiego pokazywać! Czy to panowie normalne, żeby śliniaczki w takim sklepie kupować, jak tam zaraz obok można piękne, nowe i pachnące po 30 złotych kupić, albo majtki, kupilibyście panowie w takim sklepie majtki?! A tutaj to kiedyś była wiedzą panowie „Moda Polska” i znało się sprzedawców, tutaj się kupiło to, tam tamto. A teraz?! Same szmaty. Ta ulica to jest wstyd. Wstyd!
Podobnie z „Pegazem”. „Pegaz należy do symboli ulicy Piotrkowskiej.” jak napisali w gazecie. Ta istniejąca od 1918 roku przy Piotrkowskiej 47 księgarnia przestała istnieć.
„92 letni staruszek Pegaz” zostawił na szybie smutny nekrolog, że dziękuję wszystkim, który kupowali i odwiedzali ale już czas się pożegnać. Ostatni tydzień wyprzedaży był jak stypa. Po drugiej stronie ulicy chłopak grał na gitarze „zegarmistrza świata” kiedy na wózku pod księgarnią wywozili książki. Ten tytuł jednej z książek na szczycie zapadł mi w pamięć szedł chyba „Oblicza cywilizacji” czy jakoś podobnie. Jednak zaraz niedaleko przy ulicy „dudniących kebabów” jak mianował w swym projekcie Piotrkowską łódzki artysta Konrad Kuzyszyn jest już „Tania książka” może nie na kilogramy, ale zawsze.
Jednak to nie wszystko, to tylko szkic sytuacyjny, źle rozrysowana mapa. Fasada zamku tajemnic. Poprzestać tylko na tym wyjdzie falsyfikat, podczas gdy mamy do czynienia z czymś nad wyraz oryginalnym. To wymaga studiów z zakresu życiologii, a to miasto to elitary wydział tego kierunku, jednak trzeba umieć patrzeć, myśleć i czuć, zamiast teorii z żurnali – praktyka uliczna, staż podwórkowy. Lekcja pierwsza: fikcja nie wytrzyma prawdy. Praca domowa – długi jesienny spacer ulicą Wschodnią. Głęboko aż do trzewi. Studium rozpadu, klasyfikacja socjologiczna, odmiany stanów rozkładu. Podchodzi do ciebie człowiek. Śmierdzi mu z ust odbarwioną dentką, pierwszy odruch – chcesz się odwrócić – błąd. Oblałeś. Chcesz uciec do klimatyzowanej restauracji w Manufakturze, zatopić się w hipnozie cudownych zapachów odświeżaczy o zapachach sosny? Tam nic nie ma, życie w spreyu. A w oczach tego człowieka możesz coś odkryć. Jak masz daj mu papierosa, albo tą monetę z małym nominałem. Jak to mówią – nie zbiedniejesz. Chyba, że gardzisz i gdzieś w tobie kiełkuje gniew, albo co gorsza litość. To zasadniczo jest już twoja sprawa. Wielu ludzi z jakimi rozmawiałem na temat tego miasta miało to doświadczenie. Byli przerażeni, zniesmaczeni, a nawet wstrząśnięci. „To trudne miasto” – powtarzali. „To brzydkie miasto” – uskarżali się. Widzieli też różne bijatyki, kosze wypełnione butelkami i pijaków wiszących na znakach ulicznych, staruszki na mrozie sprzedające czosnek i dzieci biegające na boso po bramach. „To za ciężkie, za smutne, za przytłaczające” – jak refren piosenek z edycji Eurowizji. Jeszcze ten przegrany bój w przedbiegach o stolicę kultury. Odpływające festiwale i prestiżowe imprezy żegnane z plakatów wyborczych. Bye, bye!
Nie trawię tego spotu reklamowego na 2016. To fikcja. Konfabulacja. Nie trawię latarników i Schillera z brązu oraz fontanienek z rybkami upuszczających z pyszczka. Udał się Tuwim i Miś Uszatek – powinni go postawić zamiast Kościuszki na Placu Wolności. Uszatek to jest idol, nie duży a tyle dla mnie znaczy! Zróbmy to! Postawmy misia na cokole. Napiszmy w tej sprawie petycje i wystosujmy pisma!
To nie jest fikcja. To bulgotanie miasta, wielkiego komina uczuć i tych unikatowych chwil, których nie odnajdziesz w magazynie top trendy. To nie jest literacka fikcja niedomówień, upiększeń i zniekształceń – to siarczysty haust życia. To nie ostatnia strona „Faktu”, to pierwsza strona nieskończonej sagi doświadczenia, której nie udostępniają za kredyty studenckie. To nie bajka o złotowłosych księżniczkach i odważnych rycerzach – to drążenie zatorów martwych nowoczesnych żył, rozpychanie zatorów iluzji. To odwaga i moc. Kiedy prowizoryczny spokój ogarnia kajuty Titanica, tutaj w tej małej Łodzi czuć zbliżający się sztorm i kiedy upadną już wielkie metropolie, jak figury szachowe, my tutaj w tym mieście wystrzelimy czerwone race w niebo i odpalimy żółte petardy i jako ostatni powiemy – szach mat. Zostaniemy stolicą Życia niepakowanego w spoty reklamowe i modyfikowane soki z kartonu. Ponieważ…
O poranku znów wstanie dzień nad Placem Wolności.
Więcej fotografii w tym:
zajrzyj jeszcze tu
i koniecznie:



